Nie wiedzieć czemu zupełnie tego nie pamiętam. Był grudzień i podobno było bardzo zimno. Tego też nie pamiętam. Najpierw mieszkałem z rodzicami i siostrą w dużej kamienicy w centrum Gliwic. W wieku pięciu lat przeprowadziliśmy się na duże nowe osiedle. Zmieniłem środowisko i w wieku siedmiu lat rozpocząłem edukację podstawową. Już wówczas wykazywałem ogromne zainteresowanie muzyką, komponowałem w głowie, co znacznie przeszkadzało mi w nauce. Jak miałem 10 lat skomponowałem pierwszy utwór muzyczny, który nuciłem i nuciłem. Mój ojciec, zawodowy organista - muzyk wykształcony, pewnego dnia zapisał w nutach melodię, którą uporczywie nuciłem. W ten sposób pierwszy mój utwór został jakkolwiek zapisany.
Jak skończyłem 13 lat, ojciec zabrał mnie na koncert zespołu Tangerine Dream. To był mój pierwszy raz!!! Nie wiem jak Wy wspominacie swój pierwszy raz, ale mój był wyjątkowym doznaniem. Koncert, z którego powstała płyta "Poland" zgwałcił mnie emocjonalnie. Na zawsze utkwiły mi w pamięci słowa Jerzego Kordowicza z radiowej trójki, który zapowiedział artystów: "Dobry wieczór, Polska Agencja Artystyczna PAGART i Państwowe Przedsiębiorstwo Imprez Artystycznch IMPART zapraszają państwa na koncert zespołu będącego współtwórcą gatunku muzyki określanej jako Rock Elektroniczny. Przed państwem Chris Franke, Edgar Froese i Johannes Schmeling czyli Tangerine Dream!" Nigdy wcześniej nie słyszałem tłumu ludzi w ten sposób reagującego na zapowiedź zespołu muzycznego. Nie znałem ich, nie wiedziałem czego się spodziewać, ale wiedziałem, że będzie to koncert muzyki syntezatorowej. Po koncercie nie mogłem spać, marzyłem o własnym syntezatorze, nic nie było wtedy ważniejsze.
Nie było nas stać na syntezator, więc w wieku 14/15 lat zbudowałem go sam. Byłem tak wkurzony, że nie mogę mieć własnego syntezatora, że postanowiłem go zbudować. Mieszkałem wtedy u mojej siostry, gdyż mama wyjechała na kontrakt do ówczesnej Czechosłowacji. Mój szwagier (mąż siostry), elektryk z zawodu parał się elektroniką. Pewnego razu chciał zrobić elektroniczny dzwonek do drzwi. Miał to być jakiś kanarek. Nie bardzo to wyszło, ale zrobił urządzenie, w którym krecąc potencjometrem wpływało się na częstotliwość, głębię i tonację dźwięku. Urządzenie brzmiało jak efekt z syntezatora. Zbudowane na tranzystorach miało silny i wyraźny dźwięk szerokopasmowy z dość pokaźną mocą na wyjściu. Wtedy Jarek podarował mi tę płytkę z przylutowanymi elementami, a ja zainstalowałem ją do organów elektronicznych "Jaś" polskiej produkcji. Przyjrzałem się budowie tych organów i zacząłem eksperymentować. Wcześniej na wyjściu zainstalowałem potencjometr i rezystor, aby nie spalić wejścia w urządzeniu, do którego zamierzałem się wpiąć. Wziąłem organy "JAŚ" zacząłem instalować w wiadomych mi miejscach potencjometry, dzięki czemu miałem wpływ na barwę dźwięku.
Zbudowałem "Jasia 2".
Gdy w czsopiśmie "RADIOELEKTRONIK" znalazłem schemat prostego syntezatora, natychmiast rozpocząłem budowę. Wkrótce powstał "Jaś 3".Miał 8-głosową polifonię i wszystkie przydatne funkcje. Brzmiał niezwykle ciekawie. To dzięki niemu zacząłem sluchać m.in. Depeche Mode, z powodu podobnych brzmień.
Czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia?
Dziś wiem, że tak. A czy istnieje miłość od pierwszego usłyszenia?
Kiedy pierwszy raz usłyszałem syntezator na żywo, zapragnąłem go!!!
Było to w ówczesnej Czechosłowacji, gdzie mieszkałem kilka miesięcy z mamą, która tam pracowała na kontrakcie. Miałem 15 lat, mieszkaliśmy w miejscowości Třebíč (Trzebicz) k/Brna. Pewnego razu wracając z jakichś zakupów usłyszałem próbę zespołu muzycznego. Kapela ćwiczyła w niewielkiej salce na osiedlu Hájek. Zainteresowany wszedłem do środka i zapytałem czy mogę posłuchać. Ekipa silnym czeskim akcentem odpowiedziała - Jo prosim! Zespół ten posiadał dwa synteztory, które później stały się kultowe. Grali wtedy na YAMAHA DX7 i Roland JUNO 106. Oba zapragnąłem. YAMAHA DX7 śniła mi się po nocach. Pragnąłem jakikolwiek instrument elektroniczny, bowiem mój nie miał pamięci, a jego możliwości były ograniczone. Posiadał w zasadzie cztery barwy modyfikowalne filtrami, ale nie miał brzmień samplowych. Nie mogłem w pełni się rozwijać. W połowie lat 80-tych, w pełnej komunie, zaraz po stanie wojennym nie było to proste. Dostęp do informacji był ograniczony. Nie było internetu. Było bardzo ciężko. Nie wiem jak, ale jakoś wyprosiłem mamę o pierwszy własny i jeden z pierwszych na świecie elektronicznych instrumentów klawiszowych. Była to zabawka z kalkulatorem CASIO VL1.

To ten sam instrument, którego rytm "ROCK1" posłużył jako sekcja rytmiczna w wielkim hicie "Da Da Da" niemieckiej grupy "TRIO" i późniejszego koweru tego utworu Formacji Nieżywych Schaboof.
Wtedy też stało się coś bardzo ważnego. Zrozumiałem, bowiem różnicę pomiędzy organami, keyboardem i syntezatorem. Dzięki czeskim kolegom na żywo mogłem sprawdzić co to synteza dźwięku. Jak się buduje dźwięk i jak tworząc brzmienie wpływa się na rozwój muzyki i tworzy się nie tylko muzykę, ale i barwy dźwięku. Że komponowanie to nie tylko linia melodyczna, a aranżacja, to nie tylko "poukładanie" sekcji i dobór instrumentów. Syntezowanie dźwięku, praca na składowych harmonicznych, to coś o wiele większego, to prawdziwa twórczość. To wyższa szkoła jazdy, zwłaszcza gdy nie było dostępu do informacji jak to zrobić. W tamtych czasach było po prostu "Zrób to sam".
Gdy miałem już swojego mini-mooga... W końcu nadszedł ten dzień. W 1987 roku wybraliśmy się z mamą i ojczymem do Lwowa. Tam w odpowiedniku polskiego komisu zobaczyłem syntezator "Mooga". Wcześniej na urodziny dostałem keyboard z miniklawiaturą, tak więc zawodowy syntezator był nadal moim marzeniem. Miałem już jakieś 60 utworów, które w końcu chciałem nagrać...
W tym czasie moje instrumentarium to keyboard (samograj) YAMAHA PSS 170, organy Elwirka -ELWRO Wrocław, CASIO VL1 i mojej włanej produkcji mój pierwszy syntezator.
Kupiliśmy to ustrojstwo. Instrument brzmiał jakby był uszkodzony, jakby nie stroił itp. Jak wróciliśmy do domu zacząłem uczyć się kręcenia gałkami i... ...wykręciłem kilka niezłych barw. Najpierw nagrałem utwór, który mój ojciec zapisał w nutach, gdy miałem 10 lat. Zatytułowałem go "INPUT". Później poszło już z górki. Komponowałem utwór za utworem i zapragnąłem to nagrywać w tzw. ścieżkach.

Nie miałem sekwensera, a mój moog nie posiadał standardu MIDI. Nie dałoby się nim nawet sterować poprzez MIDI - Musical Instruments Digital Interface (cyfrowy system połączenia instrumentów muzycznych). Postanowiłem przerobić stary magnetofon szpulowy M 2405S STEREO. Przerobiłem go na 4-ścieżkowy. Dzięki temu mogłem nagrywać na każdą ścieżkę osobno np. 1 perkusję, 2 bas, 3 jakieś piano, 4 tło i na żywo linia melodyczna. W końcu zainwestowałem w zawodowy używany magnetofon szpulowy 4 ścieżkowy, tzw. 4-track.

Mój pierwszy koncert zagrałem w duecie.
Wraz z kumplem z osiedla obok, klawiszowcem i pianistą postanowiliśmy zorganizować koncert muzyki eksperymentalnej. Piotr Jankowski wielki fan 4AD wziął na siebie kwestie organizacyjne i załatwił koncert w klubie studenckim "PROGRAM" w Gliwicach. W dniu 28 marca 1987 roku wystąpiliśmy poraz pierwszy jako "duet EXPERIMENT". Pianino, analogowy syntezator, moja samoróbka i keyboard Yamahy zabrzmiały niewiarygodnie, muzyka była tworzona podczas koncertu.
Nie mieliśmy pojęcia co i jak zagramy. Sala była pełna, tak więc i wyzwanie było ogromne. Nie za każdym razem wszystko
zagrało jak trzeba, ale eksperyment, to eksperyment, a dla mnie zawsze najważniejszy był słuchacz. Po dziś dzień koncert wspominany jest bardzo dobrze.
Piotr posiada ten koncert nagrany gdzieś na kasecie magnetofonowej.
Po eksperymencie miałem potrzebę tworzyć, nadal nie miałem upragnonej YAMAHY DX7, więc należało na nią zarobić. Niedługo po tym koncercie, bo już z początkiem lipca 1988 roku zagrałem koncert na Kąpielisku Leśnym w Gliwicach. Wtedy podszedł do mnie tajemniczy pan i zaproponował zrobienie muzyki za pieniądze. Miała to być muzyka EDM, chociaż tej nazwy jeszcze pewnie nikt nie używał. EDM Electronic Dance Music, czyli miała to być muzyka elektroniczna wpadająca w ucho, ale z wyraźnym tanecznym bitem. Krótko mówiąc disco-dance w formie instrumentalnej. Wtedy zabrałem się za robotę. Kawałki wyszły zagranicą, stały się znane i do dziś słuchane. Niestety podpisałem papiery, że nie mogę ujawnić nazwy i przyznać, że to ja byłem twórcą tej muzyki, dlatego też na tym kończę wypowiedź.
Pieniądze zarobione na tym projekcie pozwoliły mi zainwestować w pierwszy sprzęt. Muzuka, którą sprzedałem pod inną nazwą stworzona została na ówczesnych komputerach - Commodore C64, ATARI 1040 STE i AMIGA 500 Wtedy, dzięki tym komputerom mogłem użyć perkusji elektronicznej i vocodera, przez który śpiewałem w kilku utworach. Komputery były pożyczone, za co dziś jestem wdzięczny kolegom Darkowi i Tomkowi z osiedla. Po sukcesie muzycznym zacząłem pracować nad budowaniem własnego instrumentarium i porzuciłem komputery na dobre parę lat.

Kiedy już przestałem bawić się w muzyczną prostytucję, chociaż zlecenie powróciło. Postanowiłem w inny sposób zdobyć dostęp do instrumentów. Pod koniec 1989 roku zająłem się pracą nad otwarciem salonu muzycznego. Miał to być duży i zawodowy sklep z instrumentami muzycznymi i sprzętem studyjnym. Wszystko po to, abym miał dostęp do instrumentów... Wszystkie pieniądze poszły na wystrój, a wspomogłem się jeszcze kredytem. Nie było łatwo, więc z dwóch powodów miałem sklep, ale nie miałem towaru.
Był to na początku Komis - Skup i Sprzedaż Instrumentów Muzycznych. Przyszedł dzień otwarcia. Uff udało się otworzyć sklep. Nikt do niego nie przyszedł. W końcu w ok. południa wchodzi grupka młodych ludzi i mówią dzień dobry. Przywitałem ich, a oni stwierdzili, że fajny sklep. Podziękowałem, a oni zapytali czy będą tutaj jakieś instrumenty. Był to komis, a na skup/zakup nie było kasy, więc czekałem aż ktoś raczy przynieść instrument do sprzedaży. Niestety nie było chętnych, bo ludzi odstraszały pustki w sklepie. Po trzech dniach nabijania się ze mnie tej samej młodzieży, która przychodziła do mnie z LO nr 5 podczas długiej przerwy, postanowiłem coś zmienić. Tego samego dnia przed zamknięciem mój pierwszy klient przyniósł do mnie instrument marki KAWAI. Był to samograj czyli keyboard z wbudowanymi głośnikami, gotowymi rytmami i akompaniamentami. Przyjąłem instrument w komis, a w nocy nauczyłem się każdej jego funkcji na pamięć, nagrywając na nim nawet jeden z moich utowrów. Z rana przyszła klientka i zapytała o instrument dla córki z dynamiczną klawiaturą, którą posiadało to KAWAI. Po prezentacji napalona na niego klientka pobiegła do domu po córę i męża. Tego dnia młodzież z LO 5 nie przyszła się ze mnie pośmiać, więc nie zobaczyli u mnie żadnego instrumentu. Popołudniu klientka zjawiła się z mężem i córką, która zachwycona naturalnym brzmieniem KAWAI od razu zakupiła ten instrument. Na drugi dzień młodzież znów nie widziała żadnego instrumentu, co było powodem do kpin. Zapytali o co tutaj chodzi, na co odpowiedziałem, że nie wiem, ale kiedyś z tego będzie wielki biznes. Na drugi dzień przywiozłem wszystkie swoje instrumenty. Na dużym czarnym rurowym statywie postawiłem klawisze i podłączyłem swoją wierzę Technics'a. W sklepie zaczęło coś grać, a i on sam zaczął jakoś wyglądać. Tego samego dnia ktoś oddał mi kontrabas do sprzedaży, a później już efektry gitarowe, Jurek Różycki zostawił swoją gitarę, a i inni znani artyści zaczęli u mnie sprzedawać swoje sprzęty. Po dwóch tygodniach zastanawiałem się nad wynajęciem lokalu handlowego nade mną czyli piętro wyżej.
W sklepie miałem zaplecze, gdzie stała wersalka i TV. Postanowiłem tam zrobić mini-studio. Stanęły tam wówczas moje sprzęty, mój analog, moje dwa Rolandy D20 i Juno 106, a następnie rythm composer Rolanda, o ile pamiętam TR 707, bowiem później miałem jeszcze TR 909. Doczekałem się w końcu YAMAHY DX7, ale komisowej, dzięki której moja muzyka stała się "inna". Sklep się rozwijał i miałem coraz więcej instrumentów. W końcu nie miałem na nie miejsca. Pochłonięty pracą nad muzyką w 1991 roku odpuściłem sklep, a instrumentami handlowałem już jedynie zawodowymi na specjalne zamówienie już bez lokalu typu sklep. W 1990 roku pojawiła się moja pierwsza płyta "Planetarium".
Lata 89-95 były dla mnie bardzo płodne, co kilka miesięcy zdobywałem kolejne klawisze, część vintage, część nowości. Oczywiście pozostałem wierny moim analogom: Mini Moog i rosyjski Polivoks. W 1991 roku zaopatrzyłem się w KAWAI K1, a kilka miesięcy później w KAWAI K1 II, W 1993 roku dysponowałem już ciekawym instrumentarium. Nie miałem jeszcze modułu brzmieniowego, ale wszystko było przede mną. W 1995 roku zakupiłem nowego Ensoniq SQ2, i dokończyłem materiał na drugą swoją płytę, którą wydałem w tym samym roku. "New Age" to przegląd mojej twórczości od 89 do 95. Po Ensoniq SQ2, w moim instrumentarium pojawiły się YAMAHA CS1x, KAWAI K5R i moduł Proteus.
Moja kariera rozwijała się pomału. Byłem pochłonięty prowadzeniem agencji artystycznej i nie miałem wiele czasu na tworzenie muzyki. W w drugiej połowie 1995 roku poznałem artystkę - malerkę Beatę Korodn, wielki autorytet w świecie nauczania plastyki. Beata była metodykiem, ale przede wszystkim wielką artystką. Natychmiast zapoznałem się z jej twórczością. Inspiracja była tak silna, że już w marcu 1996 roku zagrałem pierwszy koncert z materiałem na nową płytę. Koncert "Światło i Dźwięk" zagrałem w Teatrze Małym w Tychach. Płytę z tym materiałem wydałem w 1998 roku pt. "Psyche" inspirowaną malarstwem Beaty. Wtedy nie sądziłem jeszcze, że osiągnę kiedykolwiek status złotej płyty. Nie mówiąc już o platynowej.
Jednak ten krążek wydany w Polsce na płycie CD i kasecie magnetofonowej sprzedawał się bardzo dobrze. Pod koniec 1999 roku chciałem dotłoczyć ten etno-elektroniczny materiał. Jednak niezwykle płodny moment doprowadził do wydania ponadczasowego krążka pt. "Dream Experience" w 2000 roku.

Na zdjęciu platinum plate. Platynowa płyta pt. "Dream Experience" rok wydania 2000.
To właśnie ta płyta wydana na CD i winylu osiągnęła najpierw status złotej płyty, a później platynowej. Wydana w trzech krajach. Dwa razy dotłoczona, w tym w 2019 roku sprzedaje się wspaniale do dziś. "Psyche" również pojawiła się znów po latach. W 2019 roku dotłoczyłem ją kolejny raz. Ten materiał można jeszcze kupić. To etno-elektroniczna muzyka. Nie cała płyta inspirowana jest malarstwem Beaty Kordon, ale utwory do jej obrazów wspaniale komponują się z resztą utworów na tej płycie, innej niż wzystkie.
Więcej na temat mojej dyskografii zobaczysz w zakładce dyskografia.